Dziennik nimfomanki

Dziennik nimfomanki zapowiadany był jako wstrząsający film o niebezpiecznym, zgubnym nałogu. Zapewne wszyscy spodziewali się mocnego dramatu, być może z elementami filmu psychologicznego, który ukazywałby wyobcowanie i wewnętrzne rozterki głównej bohaterki. Niestety, niewiele z tej recepty faktycznie pojawiło się w filmie.

Valerie (nierówna Belén Fabra) jest 29-letnią kobietą bez celu w życiu. Można pomyśleć - jedną z tysięcy. Odróżnia ją jednak to, że uwielbia seks. I, jak twierdzi, tylko do tego potrzebuje mężczyzn. Kocha się ze swoimi przyjaciółmi, znajomymi, a nawet z obcymi. Pragnie zaspokoić popęd, który rozhulał się u niej zaraz po jej pierwszym razie. Jej najbliższymi towarzyszkami są kochająca babcia, mieszkająca we Francji, oraz przyjaciółka Cristina. W pewnym momencie życia, szukając pracy, poznaje Jaime, który wydaje się być nieskazitelnym księciem z bajki, mającym wystarczająco uroku, by nagle wyciągnąć Val z seksualnego amoku. Tak nasza protagonistka poznaje miłość; jej luby okazuje się jednak bydlakiem. Sparzona Valerie ucieka w prostytucję, ale i tam doznaje niemal samych upokorzeń. Po tych druzgocących wydarzeniach dochodzi do wniosku, że nimfomania to jednak nie taka zła sprawa i że bycie sobą jest najważniejsze.

Historia jest spłycona. Brakuje mi odniesień socjologicznych. Valerie, owszem, dostrzega swoją słabość i jest świadoma niebezpieczeństw, jakie niesie ze sobą nimfomania, ale zupełnie nie widać wyobcowania, niezrozumienia. Głównej bohaterce wystarczą rozmowy z babcią, która radzi jej "bawić się życiem", i wyposzczoną przyjaciółką, która próbuje ją zrozumieć, ale absolutnie bez skutku. Zabrakło mi w filmie konfrontacji ze społeczeństwem, pokazania reakcji szerszego grona osób na to, bądź co bądź, nietypowe uzależnienie. Szkoda, bo dzięki temu moglibyśmy mieć konkretny dramat, a nie tylko pornosa z rozbudowaną fabułą.

Sceny erotyczne są naprawdę odważne, nawet zbyt odważne. Odnoszę wrażenie, że reżyser, nie chcąc rozbudowywać fabuły, chciał zszokować obrazem. Belén Fabra, aktorka do tej pory głównie telewizyjna, podołała dzikim scenom, ale nie zawsze radziła sobie ze scenami dramatycznymi. Jej aktorstwo nie pozwala nam okazać współczucia głównej bohaterce, a czasem wręcz irytuje i budzi do niej niechęć. Podobnie jest z partnerującymi jej aktorami drugiego planu. To właśnie przez momentami nieudolną grę aktorską niemożliwym jest poczucie klimatu filmu. No i przez muzykę, która czasami przysłaniała wręcz dialogi.

Fabuła również ma luki. Jakim cudem zdeklarowana nimfomanka, która w pewnym momencie jest wręcz dumna ze swojego uzależnienia, tak łatwo się zakochuje i uwalnia się od swej słabości? Dlaczego nie od razu porzuca pracę, która przynosi jej niemal same upokorzenia? Być może książka te kwestie wyjaśnia, film - nie.

To nie jest film, który mogę polecić. Zbyt wiele rzeczy w nim kuleje. Reżyser Christian Molina nie poradził sobie z ekranizacją, podobnie jak Cuca Canals z adaptacją. Film mógł wejść do panteonu dzieł niepoprawnych, krnąbrnych, smakowicie kontrowersyjnych. Nie wejdzie. Spokojnie jednak zajmie miejsce wśród nieudanych, ledwie poprawnych adaptacji, których tak wiele już, niestety, obejrzeliśmy...



Dziennik nimfomanki (Diario de una ninfómana); premiera: 17.10.08; reżyseria: Christian Molina; scenariusz: Cuca Canals, na podstawie powieści Valérie Tasso; obsada: Belén Fabra, Leonardo Sbaraglia, Ángela Molina, Llum Barrera, Geraldine Chaplin

Komentarze