środa, 30 maja 2012

Sherlock Holmes: Gra cieni

Pierwszą część historii Sherlocka Holmesa autorstwa Guya Ritchiego oceniłem nie najlepiej, bo też nie była ona filmem szczególnie wartym uwagi. Bardzo często zdarza się, że sequel popularnej produkcji filmowej okazuje się znacznie słabszy od poprzedniczki, dlatego też wobec Gry cieni nie miałem zbyt dużych oczekiwań. Miałem jednak cichą nadzieję, że brytyjski reżyser poprawi mankamenty swojego filmu sprzed trzech lat i zorganizuje legendarnemu detektywowi przygodę, jakiej świat nie widział. Jakaż była moja radość, gdy moje życzenie zostało spełnione!

Zmian nie było potrzebnych wiele. Wystarczyło jeszcze bardziej podkręcić ekscentryzm Sherlocka, w którego ponownie brawurowo wciela się Robert Downey Jr., dodać błyskotliwemu bohaterowi godnego, przerażającego przeciwnika, a nade wszystko odjąć sceny, które wypełnione były nie akcją, a słowami. Dzięki tym zabiegom drugi filmowy Sherlock sygnowany nazwiskiem Ritchiego jest filmem równie efektownym, jak poprzednik, jednak o wiele bardziej dynamicznym - przypominają się najlepsze lata kina nowej przygody. I dobrze, bo ten dostarczający niegdyś mnóstwa zabawy subgatunek ostatnio nieco obumarł.

Tym razem uwielbiający kamuflaż i niekonwencjonalne metody śledcze detektyw wespół ze swym wiernym kompanem Watsonem musi zwalczyć niszczycielskie zapędy profesora Moriarty'ego. Matematyczny geniusz, Napoleon zbrodni, jak nazywa go Holmes w jednym z odcinków literackiej serii Arthura Conana Doyle'a, postanawia wywołać globalny konflikt zbrojny. Będąc właścicielem nabytej w niejasnych okolicznościach fabryki broni, uczony przestępca zamierza zarobić krocie, dostarczając arsenału zwaśnionym stronom. W cały spisek zamieszanych jest wiele sposób, m.in. cygańska wróżka, jej brat-terrorysta, a nawet pewien znajomy Watsona z brytyjskiej armii. Sherlock w pogoni za Moriartym przemierza pół Europy, niekiedy wyprzedzając ruchy genialnego łotra, innym razem dając mu się przechytrzyć. Ostateczne rozwiązanie historii, będące kulminacją pełnej napięcia sceny na balu, godne jest najlepszych opowieści przygodowych.

Ciekawym posunięciem było zatrudnienie w roli Cyganki Simzy znanej z oryginalnej trylogii Millenium Noomi Rapace, choć Szwedka (tak, Skandynawka gra romską wróżkę!) o nietypowej urodzie z pewnością nie pokazała pełni umiejętności. Trochę w tym wina scenarzystów, którzy nie pozwolili jej na rozwinięcie skrzydeł tak, jak w pierwszej części umożliwili to Rachel McAdams. Piękna Irene Adler na moment pojawia się zresztą i w kontynuacji, ponownie pokazując, że jest postacią z krwi i kości i równorzędną partnerką dla przykuwającego uwagę Holmesa. Znowu obserwujemy niesamowitą, pełną podtekstów i zupełnie irracjonalnych dialogów relację Downey Jr. - Jude Law, który w roli dra Watsona oferuje widzom nie mniej rozrywki, niż tytułowy bohater. Dochodzi jednak do pewnej zmiany w relacji nierozłącznych partnerów - doktor wreszcie poślubia ukochaną Mary, a w Holmesie odzywa się poczucie odpowiedzialności za nowożeńców i ich potencjalną rodzinę. Z rozrzewnieniem oglądamy wrażliwą stronę szalonego Sherlocka, który zyskuje nową, nieznaną dotąd cnotę.

Wspaniałym wręcz dodatkiem w porównaniu do poprzedniego rozdziału przygód detektywa jest jego antagonista. Nic nie umniejszając Markowi Strongowi, który należy do moich ulubieńców, zaoferowana w Grze cieni rozgrywkę pomiędzy głównymi przedstawicielami dobra i zła elektryzuje dalece bardziej niż w pierwszej adaptacji Ritchiego. Legendarny literacki arcywróg Holmesa, profesor James Moriarty, jest niepokojący, demoniczny, po prostu zły do szpiku. Wcielający się w niego Jared Harris zachowuje przy tym maksimum klasy i gracji, czyniąc ze swojej postaci jednego z najbardziej interesujących i krwistych czarnych charakterów, jakie w ciągu ostatnich kilku lat dane było mi oglądać w kinie.

Jedynym mankamentem filmu, jeśli musiałbym o jakimś wspomnieć, jest pojawiająca się niekiedy przesada w dostarczaniu widowiskowych scen. Sekwencja ostrzału bohaterów podczas ucieczki przez las - owszem, świetna do pokazania w 3D - dłuży się niemiłosiernie, a jest to zupełnie niepotrzebne, gdyż Gra cieni oferuje efektowne ujęcia od pierwszych minut. Usilnie przedłużane kadry skutkują tym, że film Ritchiego staje się wyjątkowo długim, bo ponad dwugodzinnym filmem, co w kategoriach filmu akcji/przygodowego należy raczej do rzadkości. Odrobina szaleństwa specjalistów od efektów specjalnych nie może jednak położyć się cieniem na tej świetnej, wyjątkowo dynamicznej propozycji z pogranicza akcji i przygody.


Tytuł: Sherlock Holmes: Gra cieni
Tytuł oryginalny: Sherlock Holmes: A Game of Shadows
Premiera: 10.12.2011
Reżyseria: Guy Ritchie
Muzyka: Hans Zimmer

wtorek, 29 maja 2012

Avengers

Przed premierą Avengers pytaniem, które wszyscy sobie zadawali, było nie tyle czy, ale jak wielkim hitem okaże się wysokobudżetowy film Joss Whedon. Wyniki poprzednich produkcji, należących do serii wdzięcznie nazwanej Marvel Cinematic Universe, zdecydowanie mogły napawać optymizmem. Fani, którzy odliczali dni do premiery epickiej kulminacji sagi o superbohaterach, nie mają prawa być rozczarowani. W opowieści o Mścicielach znajdą bowiem wszystko to, co we wcześniejszych częściach cyklu - w dodatku zmultiplikowane.

Tym, co charakteryzuje nowe produkcje Marvel Studios - a więc te powstałe od 2008 r. do dziś - jest fantastyczny dystans do przedstawianej konwencji. Twórcy Iron Mana, Thora czy recenzowanych tutaj Avengers z pełną świadomością potencjału rozrywkowego, jaki niesie ze sobą adaptacja komiksu, wykreowali bohaterów, którzy są niemal Bogami, a jednocześnie niczym zwykli ludzi żartują i upijają się. Whedon i spółka w finałowym akcie skumulowali wszystkie cechy, za które uwielbialiśmy wcześniejsze odsłony tej serii - humor, różnorodność postaci, znakomite dialogi.

Jak można było się spodziewać, prym wiedzie Tony Stark a.k.a. Iron-Man, czyli po prostu permanentnie cyniczny Robert Downey Jr. Nie dziwi decyzja studia Marvela o zdecydowanym postawieniu na tę postać - wyniki finansowe dwóch filmowych przygód miliardera w czerwono-złotej zbroi mówią same za siebie. Nikt chyba nie oczekiwał, że Scarlett Johansson czy Jeremy Renner wezmą na swoje barki odpowiedzialność nie tylko za ocalenie Ziemi w filmie, ale zapewnienie odpowiednich sum po stronie zysków. Jak przekonują aktualne rankingi, wybór był słuszny, bo już dziś, w kilka tygodni  po premierze, Avengers są czwartym najbardziej kasowym filmem wszech czasów, a kwestią dni jest wyprzedzenie ostatniej części Harry'ego Pottera.

Karkołomnym byłoby rozpatrywanie filmu Whedona w kategoriach dzieła filmowego - superbohaterowie nie muszą tworzyć głębi postaci, a scenariusz nie musi być zaskakujący. Komiksowa produkcja nie oferuje ekscytujących dramatycznych konfrontacji ani artystycznych zdjęć - ma stanowić potężny ładunek rozrywki i dynamicznej akcji, a z tego Avengers wywiązują się znakomicie. Trudno też doszukiwać się w tym obrazie zgodności z papierowymi przygodami herosów, ale pojedynek z potężnym Lokim, znanym już jako brat protagonisty z filmu Thor, stanowi prawdziwą jazdę bez trzymanki - kamera niczym po sznurku porusza się za kolejnymi bohaterami, którzy wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, aby odeprzeć atak Obcych na Ziemię. Jedynym minusem jest to, że cała sekwencja walki trwa zbyt długo - wydaje się, że ostatnie 40 minut z ponad dwugodzinnego seansu to właśnie finałowa jatka, która po pewnym czasie zaczyna nużyć. Coś, co miało stanowić efektowne zakończenie, stało się jedną ze słabości tej superprodukcji.

Odzywa się we mnie jednak dzieciak, który w 1993 r. został wciągnięty w świat komiksów Marvela, wtedy za sprawą ś.p. wydawnictwa TM-Semic. Ten właśnie podekscytowany chłopak przypomina mi o sentymencie, jakim darzę wszystkich nadludzi z kolorowych stron amerykańskich zeszytów, a który nie pozwala mi napisać, że Avengers to film średni czy przereklamowany. Sala kinowa momentami wręcz huczała od śmiechu widzów - autentycznego, niewywołanego żenującą sceną, a prawdziwym, żywym humorem. Wszystko, co widzieliście w trailerach, było zgodne z prawdą - film Jossa Whedona stanowi ostatnie ogniwo ewolucji nowego subgatunku kina. Zapamiętajcie me słowa - oto przed Wami narodziła się bowiem komedia superbohaterska. Jeszcze będziecie mnie cytować.


Tytuł: Avengers
Tytuł oryginalny: The Avengers
Premiera: 11.04.2012
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Joss Whedon, Zak Penn, na podstawie komiksu autorstwa Stana Lee i Jacka Kirby'ego
Zdjęcia: Seamus McGarvey

wtorek, 17 kwietnia 2012

Mój tydzień z Marilyn

Gdybym miał wskazać najbardziej zmysłową współczesną aktorkę, bez wątpienia mój wybór padłby na wyjątkową Michelle Williams. Już role w Blue Valentine i Wyspie tajemnic stanowiły ogromny ładunek kobiecego magnetyzmu, ale wielkie wyzwanie, jakim jest wcielenie się w Marilyn Monroe, to zupełnie inny ciężar gatunkowy - wszak to kobieta-symbol, do dziś uważana za boiginię seksapilu. Dawna gwiazda Jeziora marzeń nie zlękła się jednak: zmierzyła się z legendą i wyszła z tego pojedynku zwycięsko.

Bo gdy Williams pojawia się na ekranie, nie można oderwać od niej oczu. Nieważne, czy akurat jest bezbronną niewiastą czy kapryśną, antypatyczną gwiazdeczką - jej obecność rozświetla każdą scenę tak, jak kiedyś czyniło to pojawienie się Marilyn. Najsłynniejsza blondynka kina w filmie Simona Curtisa jest skomplikowaną, chimeryczną osobowością, bardzo trudną we współpracy. Nie jest ikoną - raczej obiektem powszechnej fascynacji, magiczną ciekawostką, zniewalającą zarówno dojrzałe kobiety, jak i młodych mężczyzn.

Ale Mój tydzień z Marilyn to nie tylko cudowna kreacja Michelle. To także wspaniałe role Kennetha Branagha, Eddie'go Redmayne'a i Judi Dench. To znakomite zdjęcia, atmosfera brytyjskiego studia Laurence'a Oliviera i magia epoki kina, która była jedyna w swoim rodzaju. Obraz Curtisa ma ten mesmeryzujący urok filmu w filmie, ale jest daleki od standardowych obrazów o tej tematyce - niepretensjonalny, poetycki, zmysłowy. Normę Jean, znaną w świecie jako Marilyn, poznajemy, gdy wielki gwiazdor kina brytyjskiego - wspomniany Olivier - desperacko próbuje zaistnieć w Hollywood i w tym celu rozpoczyna prace nad filmem, w którym gra razem z blond-boginią. Książę i aktoreczka okazuje się jednak trudniejsza do zrealizowania niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, a współpraca z efemeryczną gwiazdką dla dystyngowanego aktora okazuje się drogą przez ciernie. To wszystko zaś widzimy oczami Colina Clarka (Redmayne), trzeciego asystenta reżysera, który po zakończeniu prac nad filmem będzie mógł powiedzieć: całowałem Marilyn Monroe.

Curtis doskonale prowadzi Williams. Jej zalotne spojrzenie pozwoliło mi wyobrazić sobie, jak musieli czuć się mężczyźni, którzy widzieli na żywo najsłynniejszą blondynkę w historii kina. Można w niej dostrzec nie tylko próżną gwiazdę, ale przede wszystkim zagubioną dziewczynę, która nagle znalazła się w świecie, do którego nie należy. Poznając Colina, kilka lat młodszego od niej, Marilyn na nowo staje się Normą, marzącą o spacerach boso po trawie i kąpielach nago w pobliskiej rzece. Nowicjusz, niewinny i niezwiązany jeszcze ze środowiskiem filmowym, ulega urokom wiecznej kokietki, tak, jak ulegają wszyscy inni mężczyźni wokół niej. Żaden z nich jednak nie da jej tyle, ile dał jej ten młody Anglik.

Mój tydzień z Marilyn polską premierę miał zaledwie tydzień przed Żelazną damą, a pomiędzy aktorkami tych właśnie obrazów rozegrała się walka o najważniejsze nagrody, które, głównie poprzez dawne zasługi, niemal w komplecie zdobyła Meryl Streep. Dla mnie zwyciężczynią jest jednak Michelle Williams, która w tym sensualnym filmie sprawiła, że ja - chłopak dorastający w latach 90. - zakochałem się w kobiecie sprzed pięciu dekad.



Tytuł
: Mój tydzień z Marilyn
Tytuł oryginalny: My Week with Marilyn
Premiera: 9.10.2011
Reżyseria: Simon Curtis
Scenariusz: Adrian Hodges, na podstawie książek My Week with Marilyn and The Prince, the Showgirl and Me Colina Clarka
Zdjęcia: Ben Smithard
Muzyka: Conrad Pope
Obsada: Michelle Williams, Eddie Redmayne, Judi Dench, Kenneth Branagh, Dominic Cooper, Emma Watson, Toby Jones, Julia Ormond, Dougray Scott

Królewna Śnieżka

Dla każdego krytyka filmowego - i zwykłego autora recenzji, takiego jak ja - ogromną przyjemnością jest doświadczenie w kinie tej prawdziwej, niekłamanej radości, którą twórcy dzieła filmowego odczuwali podczas pracy nad nim. To sytuacja wymarzona, bo podstawowym zadaniem kina u jego zarania było właśnie czynienie życia widzów przyjemniejszym. Królewna Śnieżka spod ręki Tarsema Singha podarowała mi uśmiech, który trwał znacznie dłużej niż seans.

Ekscentryczny hinduski reżyser nakręcił dopiero cztery filmy, ale bardzo wyraźnie zaznaczył w nich swój styl – obrazy utrzymane w złocistych barwach jednoznacznie kojarzą się z kiczem i kontrastują z ciężką, często psychodeliczną tematyką. Tak było w Celi, jego fabularnym debiucie, a przede wszystkim w The Fall, gdzie Singh zatarł granicę pomiędzy wyobraźnią a narkotycznymi wizjami. Kiedy więc dowiedziałem się o tym, że pracuje nad ekranizacją klasycznej baśni braci Grimm, spodziewałem się zupełnego odlotu. Tym razem jednak, pozostając przy swojej ulubionej złocistej estetyce, reżyser z Indii nieco pohamował swoje niecodzienne wizje.

Dalszą część recenzji przeczytacie na stronie Gazety Młodych.

Ghost Rider 2

Są tacy bohaterowie, których losy – filmowe czy inne – zawsze będą mnie interesować, bez względu na to, jak złe usłyszę na ich temat opinie. Te postacie, a wśród nich Ghost Rider, są najczęściej moimi ulubieńcami z lat szczenięcych, gdy ich niewiarygodne przygody chłonąłem z kart komiksów. Z tego właśnie powodu wrzucanie dawnych idoli w odmęty kiczu i beznadziei, a to właśnie z Jeźdźcem Zemsty zrobił duet Neveldine/Taylor, zawsze będzie dla mnie świętokradztwem.

Oczywiście, że czułem niepokój, widząc liczby związane z budżetem Ghost Rider 2 oraz jego obsadę, sugerujące kino klasy dużo niższej niż B. Jednak poza portretowaniem jednego z moich komiksowych faworytów, produkcja ta miała – prawdopodobnie jedynie w moim przekonaniu – jeszcze jeden atut: Nicolasa Cage’a. Sam zaczynam się zastanawiać, co musi zrobić ten facet, by ostatecznie mnie do siebie zrazić, ale sukcesywnie, z uporem godnym podziwu, zbliża się do tego celu. To, jakiej degrengolady dopuszcza się jeden z największych niegdyś gwiazdorów Hollywood, nadaje się już na temat rozprawy doktorskiej.

Dalszą część recenzji przeczytacie na G-Punkt.pl.

Popularne posty