Czerwony stan

Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć(…) Rz 6,23 – oto biblijny cytat, który najprawdopodobniej legł u podstaw najnowszego filmu Kevina Smitha Czerwony stan. Jest to jednocześnie dzieło zdecydowanie inne od tego, do czego przyzwyczaił nas amerykański prześmiewca. Choć przeniósł nas ze świata komedii do horroru z pogranicza gore, nie stracił nic ze swego pazura.

Trzeba przyznać, że zmiana to dość radykalna. Jego komedie, inteligentne i prześmiewcze, unikały drastycznych obrazów. Są raczej paszkwilami na absurdy amerykańskiego społeczeństwa i manifestacją sprzeciwu wobec obowiązku bycia poważnym i dojrzałym. Bezczelne dialogi, dużo przeklinania i hedonizmu – to były znaki firmowe Sprzedawców i innych pozycji w dorobku Smitha. Wydaje się, że tym razem dopełnił swoją twórczość historią, która jest przestrogą przed właśnie tak ekstremalnie hedonistyczną postawą.

W niewielkim miasteczku Cooper’s Dell w środkowych Stanach grasuje religijna sekta. Tak – grasuje, bowiem nie zajmuje się rekrutowaniem nowych członków i zbiorowymi samobójstwami, a bezwzględnym egzekwowaniem Bożych przykazań. Nazywają się Pięcioramienną Trójcą i tępią wszelkie przejawy grzechu, a w szczególności zajadle i brutalnie walczą z homoseksualizmem. Są tak zaślepieni żądzą eksterminacji otwartej seksualności, że pod pretekstem seksu grupowego zwabiają na odludzie trójkę napalonych nastolatków, więżąc ich i torturując. Mordercza wspólnota pastora Coopera wydaje się być państwem w państwie, gdyż ich działania pozostają poza zainteresowaniem policji i agencji rządowych. Do momentu, aż Pięcioramienni nie zabiją stróża prawa.

Co ciekawe, w filmie Smitha ofiarami fanatyków pozostają wyłącznie mężczyźni – w ich definicji homoseksualizmu nie mieszczą się najwyraźniej lesbijki. To właśnie geje są największym wrogiem fanatycznego kościoła, który służy reżyserowi za główny instrument wyszydzenia skrajnej homofobii i braku akceptacji dla inności. Ciarki przechodzą po plecach nie od bestialskiej przemocy, a przy okazji jadowitego kazania Coopera, nienawistnego przywódcy Pięcioramiennych. Smith nie wyśmiewa fanatyzmu – obnaża go, przedstawia go w postaci czystego zła, budząc w widzu przerażenie i skłaniając go – o ironio! – do modlitwy o to, by nigdy nie spotkał ludzi tak zaślepionych nienawiścią.

Czerwony stan uznawany jest za współczesną inkarnację gatunku exploitation/grindcore. Ten bardzo szeroki nurt kina opierał się przede wszystkim na szokowaniu widza naturalistyczną przemocą, seksem i zdeprawowaniem. Wiedząc o porównaniu filmu Kevina Smitha do grindcore’owych ekstremów, spodziewałem się prawdziwej orgii na ekranie. Nie chcę powiedzieć, że jestem rozczarowany, bo nie jestem szczególnym miłośnikiem ekranowego bestialstwa, ale poziom przemocy w Czerwonym stanie jest tylko nieznacznie poniżej normy. Pojawiają się oczywiście sceny drastyczne, a długa wymiana ognia wokół kościoła Pięcioramiennych przypomina oblężenie Bagdadu, ale nie poczułem się bardziej zszokowany niż po seansie, nie przymierzając, niedawnego Drive.

Kevin Smith pozostaje twórcą kreatywnym. W pewnym momencie w filmie ktoś zadaje pytanie, jakim cudem takim fanatykom udało się podporządkować sobie całą dolinę. Uważni widzowie wiedzieli o tym od początku - Cooper’s Dell to, w wolnym tłumaczeniu, Dolina Coopera, a takie właśnie nazwisko nosi obłąkana rodzina. Pozostaje tylko pytanie, czy sprowadzili się tam ze względu na nazwę miejsca, czy po prostu zmienili je według własnego uznania… W jednej z początkowych scen nauczycielka w liceum, opowiadając o Pięcioramiennej Trójcy, wspomina o tym, że od ich działalności odcięła się nawet organizacja neonazistowska. Szokuje przede wszystkim fakt, że działalność filmowej wspólnoty oparta jest na prawdziwych zdarzeniach – pierwowzorem postaci Coopera byli Fred Phelps i David Koresh, obłąkani pastorzy odpowiednio Baptystycznego Kościoła Westboro i sekty Gałąź Dawidowa, zaś potężna strzelanina w finale jest wzorowana na masakrze w Waco w Teksasie, w której brał udział właśnie Koresh. Podszyty czarnym humorem horror przeraża jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że opisana w nim historia już dawno się wydarzyła.

Czerwony stan to również film polityczny. Dostaje się przede wszystkim nieudolnej lokalnej policji, agencjom federalnym i prominentom. Smith piętnuje brak możliwości działania najniższych szczebli policji, umywanie rąk ich przełożonych i obłudę tych na stołkach. W jego filmie policjanci są tylko marionetkami, które wykonują polecenia z góry, zostając sam na sam z decyzją o czyimś życiu lub śmierci. Ostatecznie zamiast bronić społeczeństwa myślą tylko o ratowaniu siebie.

Bardzo wiele treści w trwającym niecałe 90 minut filmie, a mimo to udało się nie pogubić w narracji. Zdarzają się Smithowi absurdy, takie jak niemal jednoręczne obsługiwanie kałasznikowa, ale to zauważą tylko widzowie tak drobiazgowi, jak ja. Najważniejsze, że Czerwony stan został zrobiony ze smakiem i charakterem, do którego przyzwyczaił nas Kevin Smith.

Recenzja pierwotnie opublikowana w "Gazecie Młodych" (www.gazeta.mlodych.pl).



Tytuł: Czerwony stan
Tytuł oryginalny: Red State
Premiera: 23.01.2011
Scenariusz i reżyseria: Kevin Smith
Zdjęcia: David Klein
Obsada: Michael Angarano, Kyle Gallner, Nicholas Braun, Kerry Bishé, Melissa Leo, John Goodman

Komentarze