Iron Sky

My, Polacy, uwielbiamy śmiać się z nazistów. Lubi to robić cała Europa, gdyż jest to swoista terapia po wszystkich krzywdach, jakich w XX w. wyrządzili żołnierze III Rzeszy. Pękaliśmy ze śmiechu, oglądając kolejne perypetie René Artois w kultowym serialu Allo, Allo, kibicowaliśmy Indianie Jonesowi, gdy ten walczył z nazistami w egzotycznych plenerach. Kino zna wiele przypadków ukazywania owych zbrodniarzy wojennych w krzywym zwierciadle, że wspomnę tylko o perełce nurtu sexploitation Elzie - wilczycy z SS czy Zombie SS, norweskim horrorze klasy B o wymownym tytule. I to właśnie Skandynawowie stoją za inną satyrą na nazistów, widowiskowym i zabawnym, utrzymany w konwencji science-fiction Iron Sky.

Muszę pogratulować pomysłu scenarzystom, gdyż fińska produkcja doskonale posługuje się absurdem w portretowaniu obywateli IV Rzeszy (czy ta czwórka z przodu nie przypomina wam podobnego, zupełnie realnego tworu politycznego?). Ale czy mogło być inaczej? Skandynawowie słyną z osobliwego poczucia humoru i niezwykłej wyobraźni, a wystarczy spojrzeć na sylwetkę reżysera - Timo Vuorensola jest wokalistą w zespole Älymystö, grającym muzykę z gatunku - uwaga! - black metal industrial noise. Równie barwnie można określić jego najnowsze - i dopiero drugie w pełnym metrażu - dzieło.

Film rozpoczyna całkiem mroczna i niepokojąca scena, w której dwóch kosmonautów dociera na Księżyc. Jest rok 2018, a pani prezydent USA, zaskakująco podobna do niesławnej Sarah Palin, ubiega się o reelekcję. Wyprawa na Księżyc, na którym dawno już stopy nie postawił żaden Ziemianin, to pomysł na zdobycie elektoratu - tym bardziej, że jednym z astronautów jest Afroamerykanin. Okazuje się jednak, że po ciemnej stronie naturalnego satelity Ziemi osiedlili się naziści, którzy salwowali się ucieczką z naszej planety po przegranej II wojnie światowej. Teraz, jako IV Rzesza, pieczołowicie przygotowują się do powrotu na Ziemię i przejęcia nad nią władzy.

Nie chcę zdradzać nic więcej, bo na pewno zabrałbym sporo frajdy potencjalnym widzom tego niezwykłego filmu. Oczywiście nie można spodziewać się zbyt wiele - Iron Sky był w większości dotowany przez fanów twórczości Vuorensoli. Reżyser zaskarbił sobie ich wierność inną parodią, Star Wreck, z przymrużeniem oka biorącą na warsztat klasyczną serię sci-fi, Star-Trek. Choć fińsko-niemiecko-australijska koprodukcja nie mogła pochwalić się dużym budżetem, musiała zawierać w sobie sporą dawkę efektów specjalnych. Udało się utrzymać je na poziomie gwarantującym imponjące doznania i niewywołującym zażenowania, a to duży sukces. 

Iron Sky to wspaniała satyra na megalomanię, zarówno niemiecką, jak i amerykańską. Fińska ekipa nie przejmuje się polityczną poprawnością i celowo w sam środek nazistowskiej bazy wysyła czarnoskórego astronautę, wywołując całe mnóstwo komicznych sytuacji. Vuorensola kpi z ignorancji Amerykanów, by za chwilę wyśmiać ograniczone rozumowanie Niemców, w jednej ze scen nie oszczędzając także własnych, najwyraźniej nieco tchórzliwych rodaków. W kosmiczno-przygodowej otoczce Finowie serwują nam całkiem smaczną potrawę o smaku prawdziwej satyry. Warto.


Tytuł: Iron Sky
Premiera: 11.02.2012
Reżyseria: Timo Vuorensola
Zdjęcia: Mika Orasmaa
Muzyka: Laibach

Komentarze