Koń turyński

A gdyby koniec świata przybrał formę potężnego wiatru, ostrego jak brzytwa i suchego niczym piach? Gdyby ojcowie i córki prowadzili rozmowy składające się z pojedynczych słów, monosylab, strzępków zdań? Jeśli tak wyglądać będzie ludzkość przed zmierzchem wszelkiego istnienia, Koń turyński Béli Tarra okaże się filmem proroczym.

Długie, mroczne ujęcia, w których dialogi są jedynie przerywnikiem ciężkiego, wciąż powtarzającego się motywu muzycznego, to najkrótszy opis formalny najnowszego dzieła Tarra. Inspirowany anegdotą z życia Fryderyka Nietzschego, węgierski reżyser przygotowuje własną wariację na temat końca świata takiego, jakim go znamy. Tworzy przy tym obraz rzeczywistości tak, aby widzowi nie było żal ani człowieka, ani tego, czego dokonał. Bo jak można żałować istoty będącej więźniem rutyny, wypełniającej codzienne obowiązki z pietyzmem, ale bez choćby krzty refleksji? Twórca Potępienia sam postanawia wprowadzić do filmu odrobinę poruszenia - w jednej z dwóch tylko scen, w których pojawiają się dodatkowe postacie, reżyser pojawia się w roli przesadnie filozoficznego sąsiada, pod pretekstem pożyczenia butelki palinki dzielącego się z nietypową rodziną przemyśleniami na temat końca ludzkości.

Dalszą część recenzji przeczytacie na stronie Gazety Młodych.

Komentarze