Uwodziciel

Cóż, jestem uprzedzony. Ja, który zawsze staram się zachować otwartą głowę, mam awersję do Roberta Pattinsona, choć Uwodziciel to dopiero pierwszy film z jego udziałem, jaki widziałem. Jego wszechobecne wampirze emploi zdążyło mi się jednak przejeść, zaszczepiając jednocześnie w mojej świadomości przekonanie o aktorskiej indolencji tego młodzieńca. Moja recenzencka natura wywołała we mnie wyrzuty sumienia, dlatego tym większa była moja ulga, gdy wcześniej nieuzasadnione przekonania zostały po stokroć potwierdzone w filmie Declana Donnellana i Nicka Ormeroda.

To, co zobaczyłem na ekranie, spotęgowało moje uprzedzenie do Pattinsona do gargantuicznych wręcz rozmiarów. Mam wrażenie, że ten aktor - w jego przypadku to nadużycie, ale terminologia zobowiązuje - postanowił ograniczyć zestaw ekranowych gestów do mrużenia oczu i kpiącego uśmiechu. Przeliczył się jednak, bo to, co u Jean-Paula Belmondo było zawadiackim urokiem, tak u pana P. jest kiczowatym opakowaniem, które nie kryje niczego, poza powietrzem. Głównym błędem młodego aktora było to, że przyjął rolę w filmie, w którym jego postać otoczona jest trzema świetnymi aktorkami z dorobkiem: Christina Ricci, Kristin Scott Thomas i Uma Thurman. Panie, nie męcząc się przy tym zbytnio, zjadły młokosa na śniadanie.

Pattinson wciela się w tytułowego uwodziciela, który jest klasycznym przykładem dorobkiewicza, który dzięki koneksjom - a właściwie jednej - staje się ważną osobą w medialno-politycznym światku Paryża schyłku XIX w. Weteran wojny w Algierii, jednak wciąż bardzo młody Georges Duroy dzięki znajomemu z wojska wkracza w świat dziennikarzy La Vie Francaise, którzy zdają się potępiać ekspansjonistyczne zapędy rządu francuskiego i postanawiają go obalić. Nie oni jednak odegrają w życiu Duroya decydującą rolę - będą to kobiety, z których jedna da mu sukces zawodowy, a pozostałe dwie dodadzą pewności siebie, która pozwoli mu dojść na szczyt. Pytanie, czy uda mu się na nim utrzymać...

Przez cały seans nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oglądam marną wariację na temat Doriana Graya. Co prawda protagonista nie zabija i nie jest aż tak plugawy, jak bohater powieści Oscara Wilde'a, ale pod wieloma względami jest do niego podobny. Obaj są niepoprawnymi hedonistami, którzy czerpią garściami ze swej młodzieńczej witalności, obaj też wykorzystują swoją aparycję do uwodzenia. Gray jednak uczynił z tego sztukę dla sztuki, podczas gdy Duroy na pierwszym miejscu stawia użyteczność kobiet w jego ostatecznym sukcesie, na drugim zaś - własną przyjemność. Jeśli chodziło o ukazanie ludzkiej próżności, udało się to bezbłędnie, szkoda tylko, iż tytułowy uwodziciel pozostaje połączeniem szczeniaka, który wciąż myśli o zabawie, z nimfomanem, życie małżeńskie ograniczającym do zaliczania kolejnych pozycji w kamasutrze. Opowieść o seksie i władzy zamienił w quasi-erotyczny pastisz kina kostiumowego.

Dostrzegam ideę, ganię za wykonanie - do tej krótkiej frazy mógłbym skrócić swoją recenzję. Dłużyzny, polegające na ukazywaniu łóżka i zmieniających się w nim kobiet, skutecznie wybijają z rytmu, który z pewnością miał literacki pierwowzór Guy de Maupassanta, jednego z najczęściej ekranizowanych francuskich autorów. Sytuację próbują ratować cudowne panie: Ricci piękniejsza niż kiedykolwiek, Thurman równie ponętna, Scott Thomas promienna i odmłodzona, gdzieniegdzie zaś spod nudy wyłania się humor. Gdyby tak jeszcze w głównej roli rzeczywiście wystąpił aktor...



Tytuł: Uwodziciel
Tytuł oryginalny: Bel Ami
Premiera: 17.02.2012
Scenariusz: Rachel Bennette na podstawie powieści Guy de Maupassanta pod tym samym tytułem
Zdjęcia: Stefano Falivene

Komentarze