W imię...

Homoseksualizm, zwątpienie w instytucję celibatu, trudna młodzież i kwestia rozwiązywania problemów w kościelnej hierarchii - mam wrażenie, że Małgośka Szumowska (bo przecież nawet na plakatach nie jest Małgorzatą) chciała w swoim rzekomo kontrowersyjnym filmie zawrzeć wszystko i nic. I to jej się udało. Bo tak naprawdę wszystkie powyższe zagadnienia we W imię występują, ale pojawiają się na tyle powierzchownie, że żadne z nich nie istnieje w nim naprawdę.

Najnowsze dzieło autorki Sponsoringu to bowiem film z założenia problemowy, co już na początku stwarza pewne - nomen omen - problemy. Wymaga bowiem od twórcy przyjęcia pewnego stanowiska, nawet jeśli jego szczerą intencją jest bycie neutralnym obserwatorem. Szumowskiej, reżyserce z dokumentalną przecież przeszłością, nie udaje się jednak uciec od obrania strony i wybiera - co dla autora przecież zrozumiałe - głównego bohatera. Wybiera księdza Adama, starając się przez cały film ten wybór uargumentować. Gdy kościelny hierarcha mówi o swym podwładnym, że ma jasny płomień wiary, choć są wobec niego poważne zastrzeżenia; gdy siostra protagonisty stwierdza jesteś dobrym człowiekiem i dobrym księdzem - to nie mówią filmowe postacie, to mówi Szumowska.

Bo choć postać, w którą znakomicie wcielił się słusznie nagradzany Andrzej Chyra, rzeczywiście może budzić sympatię, jej liczne wady dyskredytują ją jako postać stricte pozytywną. Ksiądz Adam, który na podlaskiej prowincji prowadzi ognisko dla chłopaków z poprawczaka, egzystuje w oparciu o nieustającą wątpliwość - w swą wiarę, silną wolę, w swą tożsamość seksualną. Wątpi w celibat, w abstynencję, nie widać też, by większą wiarę miał dla swych podopiecznych. Owszem, jest dla nich dobry i życzliwy, daje im sporą dozę swobody, próbując jednocześnie wychowywać - ale nie ma w nim nic z motywującego autorytetu czy inspirującego pasterza. Wewnętrzne rozterki Adama uzewnętrzniają się w jego pozbawionej stanowczości postawie, zaś on sam nawet w obliczu tragicznego wydarzenia nie jest w stanie zdobyć się na nic więcej niż sięgnięcie po papierosa. 

Gdzieś obok kryzysu powołania głównego bohatera rozgrywają się mniejsze i większe romanse - pomiędzy podopiecznymi ogniska, a także pomiędzy jednym z nich a księdzem Adamem. Sfera erotyczna w filmie Szumowskiej jest daleka od szokującej - sprytny montaż pozwala na uchwycenie fragmentów ciał w taki sposób, aby homoseksualny akt miłosny nie wprawił w zakłopotanie heteryków. Uderza natomiast to, że opiekun grupki młodych mężczyzn nie widzi w nich niczego poza fizycznej atrakcyjności. Już w pierwszych scenach widzimy wszystkich młodocianych przestępców bez koszulek, polewających się wodą po meczu piłki nożnej - i tak wydaje się widzieć ich Adam. Jego spojrzenia sugerują coś więcej niż zwykłą życzliwość, zaś desperackie pytanie/wyznanie Co ja poradzę, że po prostu lubię tych chłopców? zadane jest w sposób sugerujący sympatię przekraczającą pedagogiczne relacje.

Fabularnie W imię nawet nie tyle nie zaskakuje, co zupełnie rozczarowuje - tragiczne wydarzenie w ognisku nie tylko nie powoduje żadnej reakcji opiekunów, ale też nie wywołuje praktycznie żadnych konsekwencji; ksiądz Adam zupełnie nie dziwi się, gdy potłuczony Szczepan staje u jego drzwi, tylko opatruje jego rany. Czyżby niezdarnie wpleciona symbolika ran Chrystusa? Raczej nie, gdyż religii u Szumowskiej jest jak na lekarstwo. Równie dobrze bohater W imię mógłby być lekarzem, politykiem czy strażakiem - jego profesja w żaden sposób nie zostaje zaakcentowana, nie spotkamy się też z religijnością w postępowaniu Adama. Być może to zamierzony zabieg twórców, jednak osadzenie historii w tak specyficznym środowisku (mocno związane z lokalnym kościołem środowisko wiejskie) wymagało nakreślenia relacji bohatera ze społecznością, jej reakcji na postępowanie kleryka. Niczego takiego jednak nie znajdziemy w filmie Szumowskiej - Adam wydaje się działać w zamkniętym kręgu, który jednocześnie zabija go i chroni.

Poza świetnym aktorstwem Chyry, który nie szarżuje niepotrzebnie, a psychologiczne niuanse wygrywa głównie mimiką i spojrzeniami, należy także docenić fantastyczne zdjęcia Michała Englerta - podobać się mogą przede wszystkim sceny biegania o zmierzchu czy ujęcia wsi z lotu ptaka. Niech nie zmyli was jednak piękna forma - treść nagrodzonego w Berlinie filmu pozostaje nieuporządkowana, nie pozwalając na potraktowanie go jako ważnego głosu w żadnej ze spraw, o których usiłuje opowiadać.


Tytuł: W imię
Premiera: 20.09.2013
Reżyseria: Małgośka Szumowska
Zdjęcia: Michał Englert

Komentarze